Śmiech na sali, dopóki nie spadają bomby

tygodnikprogram.com 58 minut temu

Donald Trump od lat prowadzi politykę zagraniczną tak, jakby negocjował cenę używanego samochodu. Najpierw krzyk, potem groźba, następnie „ostateczny termin”, po nim kolejny — jeszcze bardziej ostateczny — a na końcu zapewnienie, iż wszystko przebiega dokładnie według planu. choćby wtedy, gdy plan zmienia się trzy razy w ciągu jednego weekendu.

Przez długi czas można było traktować ten styl jak polityczny spektakl. Trump groził, przeciwnicy odpowiadali, telewizje uruchamiały paski „BREAKING NEWS”, giełdy drżały przez kilka godzin, a następnego dnia prezydent ogłaszał, iż odbył „wspaniałą rozmowę” i uratował świat przed katastrofą, którą chwilę wcześniej sam zapowiadał. Tyle iż dzisiaj coraz trudniej się z tego śmiać.
Stany Zjednoczone od miesięcy prowadzą działania wojenne przeciwko Iranowi. Amerykańskie siły przeprowadzały kolejne uderzenia, Iran odpowiadał atakami na cele USA i ich sojuszników, a konflikt odbija się na bezpieczeństwie regionu, żegludze i cenach surowców. Tymczasem Trump wciąż komunikuje się językiem telewizyjnego show: „ostatnia szansa”, „bardzo zły dzień”, „potężna odpowiedź”, „decyzja wkrótce”. Według najnowszych doniesień USA wykorzystały już znaczną część zapasów niektórych rakiet dalekiego zasięgu oraz pocisków obrony powietrznej. To nie jest dekoracja do konferencji prasowej. To realny problem dla gotowości amerykańskiej armii.

Trump raz zapowiada nowy atak, innym razem informuje, iż go wstrzymuje, bo pojawiła się szansa na porozumienie. Biały Dom mówi o rozmowach, Teheran zaprzecza, iż prowadzone są bezpośrednie negocjacje. Prezydent ogłasza postęp, druga strona mówi, iż żadnego postępu nie ma. Ale najważniejsze, iż nagłówki są duże, kamery włączone, a Donald Trump ponownie stoi w centrum sceny. Można odnieść wrażenie, iż dla niego wojna jest kolejnym odcinkiem reality show. Tyle iż tutaj uczestnicy nie odpadają z programu. Tutaj giną ludzie.

W trumpowskiej polityce każdy przeciwnik ma dostać ultimatum, każdy sojusznik ma płacić więcej, a każdy problem można rozwiązać groźbą „konsekwencji, jakich świat jeszcze nie widział”. Chiny mają się nie wtrącać, bo będzie dla nich „bardzo źle”. Iran ma podpisać umowę, bo to jego „ostatnia szansa”. Inni mają słuchać, bo Ameryka jest potężna, a jej prezydent — jak sam nieustannie przypomina — niezwykle skuteczny. Problem polega na tym, iż ultimatum działa tylko wtedy, gdy używa się go rzadko. jeżeli ktoś co tydzień ogłasza koniec świata, ludzie w końcu przestają kupować wodę i konserwy. jeżeli prezydent codziennie zapowiada „ostateczną decyzję”, to po dziesiątej ostatecznej decyzji pozostaje już tylko pytanie, czy następna będzie bardziej ostateczna od poprzedniej.
Ale przeciwnicy Ameryki również słuchają. Analizują każde cofnięcie się, każdą sprzeczność i każdą groźbę, za którą nie idzie jasno określony cel. Niebezpieczeństwo nie polega więc wyłącznie na tym, iż ktoś nie potraktuje Trumpa poważnie. Równie groźne jest to, iż ktoś potraktuje go zbyt poważnie — i odpowie, zanim prezydent zdąży zmienić zdanie.

Dlatego pytanie, czy groźby Trumpa są jeszcze poważne, zostało źle postawione. One są jednocześnie groteskowe i śmiertelnie poważne. Groteskowa jest forma: wielkie litery, dramatyczne terminy, samozachwyt i polityka prowadzona jak promocja w kasynie. Poważne są skutki: wystrzelone rakiety, zabici ludzie, zagrożeni żołnierze, niepewni sojusznicy i światowa gospodarka uzależniona od kolejnego wpisu prezydenta.

Można więc śmiać się z przedstawienia. Trudno jednak śmiać się z rachunku. A ten — jak zwykle w czasie wojny — rzadko trafia na biurko człowieka, który najgłośniej nią straszy.

Antoni B.

Idź do oryginalnego materiału