W Polsce coraz częściej politycy przekraczają granice absurdu i dotyczy to przeważnie prawej strony. Ostatnio wybuchła tam wielka euforia po słowach Donalda Trumpa, iż wycofa z Niemiec pięć tysięcy amerykańskich żołnierzy. No, nielubianemu sąsiadowi zdechła krowa…
Tylko co dobrego z tego dla nas wynika? Od dłuższego czasu zabiegamy, żeby Amerykanie zwiększyli u nas swój kontyngent, ale jak dotąd bez efektu. I nic na razie nie wskazuje, by chłopcy z US Army wycofani znad Renu mieli trafić nad Wisłę. Wrócą do Stanów, albo Pentagon przerzuci ich gdzieś na przedpole Chin, bo taki jest teraz priorytet dla Waszyngtonu. Z jego perspektywy – czy my uważamy inaczej, czy nie – to Pekin, a nie Moskwa jest realnym zagrożeniem.
Dla Berlina brak tych 5 tysięcy żołnierzy nie ma większego znaczenia – od potencjalnego agresora, czyli Rosji, dzieli ich cała Polska. Będą mieli czas na mobilizację swojej armii i przylot posiłków zza Atlantyku. A dla nas brak tych pięciu tysięcy amerykańskich żołnierzy w Niemczech oznacza, iż o tyle mniejsza będzie pomoc, gdybyśmy zostali napadnięci. Ta pomoc szybka, najważniejsza w pierwszych godzinach wojny. No więc z czego tu się cieszyć?
A tak przy okazji: realna pomoc z NATO może nadejść do nas tylko z Niemiec i przez Niemcy, co przy chocholim antyniemieckim zapamiętaniu naszej prawicy zdaje się do niej nie docierać.
Kolejny problem jest taki, iż słowa Trumpa o wycofaniu części wojsk z Niemiec umacniają niebezpieczną tendencję, pełzające wycofywanie się obecnej Ameryki z NATO. Dlatego nie jest abstrakcyjnym pytanie, które zadał Donald Tusk. Pytanie podszyte obawą: czy w razie czego USA wypełnią swoje zobowiązania wobec Europy? Odpowiedź jest ważniejsza dla naszego bezpieczeństwa, niż pięć tysięcy żołnierzy więcej lub mniej tu czy tam. Krótko mówiąc, nie chodzi o to, gdzie oni będą, ale czy będzie wola ich użycia. I to nie tylko w obronie Polski.
NATO dręczy brak zaufania
Bo jest u nas taki stereotyp, iż to my staniemy się pierwszym celem ataku ze wschodu. Ale najsłabszym ogniwem NATO są Estonia i Łotwa, małe kraje sąsiadujące z Rosją i trudne do obrony. Jak zareaguje Trump, gdyby Putinowi przyszło do głowy przejąć te państwa? Najgorsze, iż nikt już nie jest pewien, co by zrobił. A jeżeli powie, iż to sprawa Europy? Jak wtedy zachowaliby się pozostali członkowie NATO? Najbardziej pewni są Skandynawowie, potomkowie Wikingów na serio traktują swoje zobowiązania. Brytyjczycy pewnie też.
Ale Niemcy, Francuzi, Hiszpanie i Włosi? No i najważniejsze pytanie, które dotąd nie padło w naszym dyskursie publicznym: a Polska? Czy jesteśmy gotowi posłać żołnierzy do walki, czy jest na to przyzwolenie społeczne? Formułując to wprost: czy w razie czego Polacy byliby gotowi ginąć za Estonię? Ja nie jestem tego pewien. I jeżeli czegoś NATO brakuje, to nie broni, ale tej pewności.
Zanim zaczniemy oglądać się na Amerykę i od niej czegoś wymagać, spójrzmy najpierw na siebie. Żeby to wszystko działało, musimy być jak muszkieterowie – jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.
***
Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania












