Dlaczego my – współcześni rodzice – którzy od pierwszej klasy wracaliśmy ze szkoły z kluczem na szyi (nie mając telefonów komórkowych!), graliśmy w kapsle (a nikt wtedy nie słyszał o nawilżanych antybakteryjnych chusteczkach!) i wspinaliśmy się na drzewa (czy dorośli nie myśleli wtedy o krzywdzie, jaką może wyrządzić dziecku grawitacja?) wszędzie wietrzymy podstęp i zagrożenie dla naszych dzieci? Nie wypuszczamy ich samych na podwórko (a co, jeżeli ktoś je zaczepi?). Wydajemy fortunę na gadżety, mające zapewnić bezpieczeństwo raczkującym niemowlętom (a co, jeżeli się uderzy?), stresujemy się, gdy nastolatek przez kwadrans nie odbiera telefonu (pewnie już nie żyje!), a w sprawach związanych z wychowaniem ufamy „ekspertom”, zamiast własnemu instynktowi. Okrzyknięta „najgorszą matką świata” nowojorska dziennikarka i założycielka ruchu, mającego przywrócić dzieciom wolność, a rodzicom spokój ducha, pokazuje, jak zmieniło się rodzicielstwo i postuluje: więcej luzu, lodów i zaufania do dzieci! (z opisu Wydawcy).
Wydawnictwu Fraszka Edukacyjna dziękujemy za udostępnienie fragmentu do publikacji. Zachęcamy do lektury całej książki.
Wstęp
Witajcie w – o rany!
W czasie krótszym niż trwa podniesienie zabezpieczonej przed dziećmi klapy do sedesu (co, musisz przyznać, może trwać straszliwie długo, kiedy jesteś na przyjęciu i wszyscy zastanawiają się, gdzie przepadłaś, podczas gdy Ty bezskutecznie mocujesz się z zabezpieczoną klapą) my – matki i ojcowie – bardzo się zmieniliśmy. W jakiś sposób choćby ci z nas, którzy oczekiwali na rodzicielstwo bez zbytniej paranoi, zaczęli się martwić każdą dziwną, straszną, okropną rzeczą, która mogłaby, być może, (Boże uchowaj!) przytrafić się naszym dzieciom – począwszy od utonięcia w toalecie, poprzez porwanie, po połknięcie zabezpieczenia gniazdka elektrycznego. Tak, właśnie przeczytałam, iż te małe plastikowe zaślepki, którymi zabezpieczamy gniazdka, by uchronić dzieci przed porażeniem prądem, mogą spowodować zadławienie. I spróbuj się tu nie martwić.
Lista potencjalnych zagrożeń staje się coraz dłuższa, a my pilnie ją śledzimy, ponieważ oczywiście chcemy, żeby nasze dzieci były bezpieczne.
To nasze zadanie, prawda? ale staje się to coraz trudniejsze i – dodajmy dla porządku – coraz droższe, a także wymaga coraz większej drobiazgowości, ponieważ jesteśmy zasypywani wciąż nowymi złowieszczymi ostrzeżeniami i informacjami o kolejnych zabezpieczeniach. I czasami, kiedy na przykład musimy przypiąć dziecko w wózku tak skrupulatnie, jakby bez tego miało wystrzelić i odlecieć prosto na Plutona, doprowadza nas to do rozstroju nerwowego.
Istnieje wiele powodów, by być superzapobiegawczym i większość z nich jest uzasadniona. Być może w dzieciństwie zostałeś skrzywdzony. Być może Twoi rodzice cudem uniknęli śmierci w czasie Holokaustu. Być może jesteś Afroamerykaninem i martwisz się, iż świat może traktować Twoje dziecko jak młodocianego przestępcę. A może, jak moja przyjaciółka Gigi, jesteś tak uzależniony od uczucia niepokoju, iż martwienie się sprawia, iż czujesz się dobrze. To jak chodzenie na fitness: nie ma bólu, nie ma efektów.
Ostro i bez znieczulenia
– tak działamy od 2020 roku. Dziennikarstwo, które nie jest obojętne. Tygodnik Spraw Obywatelskich nagłaśnia nadużycia, edukuje i daje narzędzia do realnej, obywatelskiej zmiany.
Przekaż darowiznę i stań się naszym współwydawcą
A może oglądasz zbyt często program w stylu „Uwaga!”.
Ale możliwe jest też, iż nie chcesz już tak dłużej. Być może sięgnęłaś po tę książkę, ponieważ nurtuje Cię podejrzenie, iż nie musisz aż tak bardzo się martwić o aż tyle rzeczy. W końcu nasze mamy wysyłały nas na podwórko, mówiąc „Wróć, kiedy zapalą się latarnie”. Ich mamy pozwalały im jeździć tramwajami i autobusami. A ich babcie wysyłały swoje słodkie maleństwa powolnym i zardzewiałym parowcem do Nowego Świata, dając im na drogę jedynie kilka rubli i twardą kiełbasę.
To przecież byli odpowiedzialni rodzice! Jednak w miłym, bezpiecznym i wolnym od szkorbutu XXI wieku martwimy się, czy pozwolić naszym dzieciom pojechać na rowerze do osiedlowej biblioteki lub pójść samemu do szkoły.
Martwimy się, kiedy nie możemy się do nich dodzwonić na ich komórki. W rzeczywistości telefony komórkowe – które szczerze uwielbiam – stanowią świetny przykład tego, jak bardzo wszystko się pomieszało.
Dajemy je naszym dzieciom, ponieważ nie chcemy się o nie martwić. Mówimy „Telefon jest na nagłe wypadki”. A jednak, jeżeli oczekujesz, iż Twoja córka odezwie się tuż po lekcji mandaryńskiego i nie możesz się do niej dodzwonić, możesz zacząć myśleć: „Co się stało? Zaginęła, nie żyje, czy została białą niewolnicą?” (dla potrzeb naszej dyskusji to ostatnie obejmuje również wizję niewolnicy hiszpańskiej, azjatyckiej, afroamerykańskiej, rdzennie amerykańskiej oraz inuickiej).
A zatem telefon – urządzenie, które miało dawać Ci poczucie bezpieczeństwa – sprawia, iż zaczynasz wariować z niepokoju jak nigdy wcześniej.
Więcej zabawy, mniej ekranu! Co zrobić, żeby dziecko odłożyło telefon? Radosław Grzeszczak
W starych dobrych latach 90. poczekałabyś przynajmniej, aż Twoje dziecko będzie kilka minut spóźnione, zanim zaczęłabyś rozważać przyprawiające o zawał serca scenariusze. Teraz niepokój mamy zapisany pod cyfrą 1 w opcji szybkiego wybierania.
No więc martwimy się przez cały czas: „Czy jest bezpieczny?”, „Czy wszystko u niej w porządku?”, „Czy zjadł całą marchewkę?” (Odpowiedź brzmi: nie.) A co się dzieje, kiedy się nie martwimy?
Jesteśmy szczęśliwi. I nasze dzieci też. Kiedy pewnego dnia idziemy na całość i pozwalamy naszemu dziecku wyjść na dwór samemu, pobawić się i bezpiecznie wrócić do domu, tak jak my to robiliśmy w dzieciństwie, doświadczamy nie lada ekscytacji. Ale, o czym przekonałam się na oczach kilku milionów ludzi, budzi to też kontrowersje. Oto co mi się przydarzyło.
Jakiś rok temu pozwoliłam mojemu młodszemu synowi po raz pierwszy samemu pojechać metrem. Nie zrobiłam tego dlatego, iż jestem odważna czy lekkomyślna, ani dlatego, iż szukałam tematu na książkę (a jednak sami widzicie!). Zrobiłam to, ponieważ znam mojego syna tak dobrze, jak Wy znacie swoje dzieci. Wiedziałam, iż jest gotów, dlatego mu na to pozwoliłam. A potem opisałam to w artykule w „New York Sun”. Wielkie rzeczy, prawda?
Cóż, w dniu ukazania się artykułu zadzwonił do mnie ktoś z programu „Today Show”, pytając, czy naprawdę pozwoliłam swojemu dziecku na samodzielną jazdę metrem. Tak. „Czy po prostu porzuciłam go gdzieś w środku miasta i kazałam mu znaleźć drogę do domu?”.
Cóż, porzuciłam to mocne słowo, ale… tak, zostawiłam go w sklepie Bloomingsdale.
„W dzisiejszych czasach i w jego wieku?”.
Nie, w dziale damskich torebek.
Ach, była zachwycona. „Czy zechciałabym wystąpić w programie i opowiedzieć o tym?”.
Jasne, czemu nie?
Nie miałam pojęcia, co mnie czeka.
Następnego dnia w studiu usiadła naprzeciwko mnie Ann Curry. Wyglądała oszałamiająco pięknie i sprawiała wrażenie lekko zaniepokojonej, ponieważ jej następny gość (występujący tuż przed George’em Clooneyem) mógł być niebezpiecznym szaleńcem. Na wstępie odwróciła się do kamery i spytała: „Czy jest to oświecona, czy naprawdę zła matka?”.
Dzieciom trzeba najpierw pokazać coś innego Jagoda Cieszyńska-Rożek, Olaf Swolkień
Nastąpiło szersze ujęcie, ukazujące widzom… mnie. I mojego syna Izzy’ego. I kilku „ekspertów od wychowania”, którzy rozsiedli się na słynnej sofie tuż koło nas, a którzy, czego miałam się zaraz dowiedzieć, byli tam, by CZEGOŚ NAS NAUCZYĆ.
Krótko opowiedziałam o tym, jak dziewięcioletni Izzy, który w międzyczasie miał czelność stać się dziesięciolatkiem, błagał mnie, żebym mu pozwoliła samemu wrócić do domu skądś, skądkolwiek, metrem. Wiem, iż może to brzmieć trochę strasznie, ale wcale takie nie jest. Tutaj, w Nowym Jorku, w metrze pełno jest rodzin z dziećmi. Jest tu wyjątkowo, a choćby statystycznie, bezpiecznie. Wszystkie przerażające, żyjące pod ziemią stwory, z którymi Will Smith walczy w filmach, natychmiast po zakończeniu zdjęć wracają do swoich domów – prawdopodobnie do New Jersey. Wskaźnik morderstw popełnianych w Nowym Jorku jest dokładnie taki sam jak w roku 1963. I przypuszczalnie spada również w Waszym mieście, gdziekolwiek mieszkacie. Wskaźnik przestępstw z użyciem siły spadł w całych Stanach Zjednoczonych o 50% od roku 1992, kiedy osiągnął najwyższą wartość.
Dlatego pozwolenie Izzy’emu na samodzielny powrót do domu uznałam za dobry pomysł. Nie niebezpieczny. Nie szalony. choćby niezbyt dla niego trudny. Przedyskutowaliśmy to z mężem i uznaliśmy, iż nasz syn jest gotowy na takie zadanie. Tak więc pewnej słonecznej niedzieli zabrałam go do dużego, jasnego sklepu i powiedziałam coś, co już nieczęsto zdarza nam się mówić.
„To na razie! Baw się dobrze!”.
Oczywiście, nie zostawiłam go całkiem bezbronnego. Dałam mu mapę z rozkładem linii metra, kartę miejską, 20 dolarów na wszelki wypadek i trochę drobnych na telefon. Jednak nie, nie dałam mu telefonu komórkowego.
A to dlatego, iż o ile ufałam, iż dotrze bezpiecznie do domu, o wiele mniej ufałam, iż uda mu się wrócić z telefonem.
I pamiętajcie, miał przy sobie drobne na telefon.
Tak czy inaczej, wszystko poszło dobrze. Przejechał parę stacji metrem, kilka przystanków autobusem i gdzieś po godzinie był w domu, dumny jak paw (a zwłaszcza taki paw, który sam jeździ komunikacją miejską).
Napisałam o jego przygodzie w swoim artykule tylko dlatego, iż wszystkie mamy czwartoklasistów, którym o tym opowiedziałam, zareagowały tak samo.
„Pozwoliłaś mu CO ZROBIĆ?”.
Te bardziej uprzejme mówiły coś w stylu „Cóż, to miło, też pozwolę na to mojemu synowi… kiedy będzie w liceum”.
Wracając do „Today Show” – kiedy Izzy opowiedział Ann (naszej nowej najlepszej przyjaciółce), z jaką łatwością trafił do domu, Ann zwróciła się do ekspertów od wychowania, których nauczyłam się szczerze nienawidzić, ponieważ zdają się gatunkiem, którego jedynym celem istnienia jest mówienie nam – rodzicom – co robimy źle i jak bardzo na zawsze skrzywdzimy tym nasze dzieci.
Ekspertka od wychowania była zdegustowana tym, co zrobiłam. Miała taką minę, jakbym właśnie poprosiła, żeby powąchała moje skarpety.
Powiedziała, iż mogłam pozwolić synowi doświadczyć dokładnie takiej samej niezależności, ale w o wiele „bezpieczniejszy” sposób – gdybym tylko dyskretnie go śledziła lub nalegała, by pojechał metrem z całą grupą przyjaciół.
„Cóż, w jaki sposób doświadczyłby ‘takiej samej niezależności’, skoro byłoby to zupełnie inne doświadczenie?” – spytałam – „Poza tym, on był bezpieczny! Dlatego pozwoliłam mu to zrobić, ty siejąca panikę hipokrytko, postulująca niezależność i jednocześnie przed nią przestrzegająca! A w ogóle to dlaczego programy telewizyjne automatycznie stają po waszej stronie, pozwalając, byście pouczali nas jak dwulatków? A przy okazji, gdzie są teraz twoje dzieci? Chowają się w domu pod łóżkiem?”.
Cóż, nie powiedziałam tego wszystkiego na głos, ale udało mi się wykrztusić bardzo trafne „Eee…”. Zresztą nie miało to najmniejszego znaczenia, ponieważ gdy tylko opuściliśmy studio, zadzwonił telefon. (Ja sama zawsze mam przy sobie telefon komórkowy, moją ukochaną komórkę!). Dzwonili z telewizji MSNBC. „Czy mogę do nich przyjechać w ciągu godziny?”.
Tak.
Następnie zadzwonili z FoxNews. „Czy mogę przyjechać do nich z Izzym dziś po południu?”. Następny telefon był znów z MSNBC: „czy jeżeli wezmę udział w dzisiejszym programie, to obiecuję pojawić się z Izzym również w jakimś programie w ciągu weekendu?”.
I nagle, co było zupełnie dziwaczne, znalazłam się w miejscu, o którym wszyscy słyszeliście, w oku medialnego cyklonu. Było to choćby zabawne, ale też trochę przerażające, ponieważ wszyscy wokoło rozważali moje umiejętności rodzicielskie. Rozmawiali ze mną reporterzy z Chin, Izraela, Australii i Malty. (Malty! Przecież to wyspa! Kto mógłby tam porwać dziecko, piraci?!) Stacje telewizyjne z Kanady emitowały specjalne wydania programów. Rozgłośnie radiowe w całej Ameryce łakomie rzuciły się na mnie, podobnie jak grupy dyskusyjne dla rodziców i Stowarzyszenie Rodziców i Nauczycieli. Gazety, blogi, czasopisma od „Newsweeka” po „Funny Times”, choćby BBC; wszyscy o mnie pisali i mówili.
Anglicy chcieli wiedzieć, czy trzymamy dzieci pod abażurem. Na co odpowiedziałam „Jak, do diaska, mielibyśmy je tam wepchnąć?”. Okazało się, iż chodziło o trzymanie dzieci pod kloszem.
A oto wisienka na torcie: panie z telewizji śniadaniowej „The View” poświęciły cały program, by zgodzić się – prawdopodobnie po raz pierwszy były w czymś zgodne – iż jestem okropną, szaloną, potworną, bezduszną i tu-wstawić-odpowiedni-negatywny-przymiotnik matką.
Media przezwały mnie „najgorszą matką świata” (śmiało, sprawdźcie w googlach).
Ale wcale taka nie jestem.
Naprawdę wierzę, iż jestem kimś takim jak Ty: rodzicem, który bardzo boi się pewnych rzeczy (niedźwiedzi, samochodów) i nieco mniej innych (metra, nieznajomych). Ale najbardziej boję się tego, iż ja również dostałam obsesji naszych czasów, polegającej na niewykonalnym dążeniu, by zapewnić dzieciom absolutne bezpieczeństwo w każdej sekundzie każdego dnia ich życia. Ta idea zakłada, iż powinniśmy im to zapewnić i iż jesteśmy w stanie to zrobić. Tak jakbyśmy już nie wierzyli w los, szczęście i pecha. Nie, teraz wszystko zależy od nas.
Tylko dlatego, iż podałam w wątpliwość słuszność założenia, iż nigdy nie powinniśmy spuszczać dzieci z oczu i iż zawsze powinniśmy chronić je przed zarazkami, szturchnięciami, kontuzjami, przegraną w sporcie, stresem, słońcem, salmonellą, stłuczonym kolanem i każdą inną sytuacją niosącą ze sobą choćby cień ryzyka.
Stałam się, ku swemu zaskoczeniu, twarzą nowego ruchu – Ruchu Wolnego Chowu Dzieci. W każdym razie ja sama nadałam mu taką nazwę. To ruch mający na celu zwalczenie innego silnego ruchu naszych czasów – nadopiekuńczego rodzicielstwa.
Co nie oznacza, iż sama nigdy nie zachowałam się nadopiekuńczo. adekwatnie to tyle razy zachowywałam się jak kwoka, iż aż dziw, iż jeszcze nie zaczęłam gdakać. Zatrudniałam korepetytorów dla swoich dzieci, a także – ponieważ w końcu to jest Nowy Jork – terapeutów. Wynajęłam trenera futbolu amerykańskiego, by poprowadził zwykłe przyjęcie urodzinowe i – to naprawdę śmieszne – jaki upominek wręczałam gościom już w drzwiach? Ochraniacz na zęby. Hip, hip, hurra! W dodatku w czasie wakacji zmusiłam dzieci do codziennego rozwiązywania zadań z matematyki, a następnego lata do pisania jednego wypracowania dziennie. Miały wtedy osiem i dziesięć lat. jeżeli ktoś potrzebował ruchu postulującego więcej luzu, to tą osobą byłam ja sama.
Założyłam bloga Dzieci-Wolnego-Chowu (freerangekids.com), by wesprzeć ideę, iż być może już czas zacząć dawać naszym dzieciom takie samo dzieciństwo, jakim my się cieszyliśmy. Nie chodzi o to, iż lata sześćdziesiąte, siedemdziesiąte i osiemdziesiąte były takie świetne, ale przynajmniej nasi rodzice nie spędzali całego czasu martwiąc się, czy ktoś właśnie nie porywa ich dzieci. I my też nie powinniśmy. Czytając tę książkę przekonasz się, iż wskaźnik popełnianych w tej chwili przestępstw jest taki sam jak w roku 1970 (i – wiem, iż się powtarzam – niższy niż we wczesnych latach dziewięćdziesiątych, kiedy to osiągnął najwyższą wartość). Wiem, iż nie mamy poczucia, iż tak właśnie jest. Wrócimy do tego później.
Chodzi mi jednak o to, iż my sami musieliśmy badać świat, który nas otacza, my sami musieliśmy popełniać błędy bez nadzoru dorosłych, a choćby szaleć na huśtawkach. (Czego osobiście nigdy nie lubiłam. Ale jednak.) Nasze dzieci też na to zasługują.
Zainteresowanie blogiem przerosło moje najśmielsze oczekiwania.
Dziesiątki tysięcy osób logowało się, by opisać swoje niepoukładane dzieciństwo. Internauci pisali, iż chcieliby, by ich dzieci były dziećmi wolnego chowu, ale trochę się tego obawiają.
Albo iż tak właśnie je wychowują, ale mają już powyżej uszu tego, iż inni rodzice uważają ich za skończonych leni lub coś jeszcze gorszego.
Zwykle za coś gorszego. Wszędzie wokół nas rodzice kurczowo trzymają przy sobie swoje dzieci i nietrudno zrozumieć dlaczego. Kultura masowa uczy nas, iż tak należy postępować. Serwisy informacyjne pełne są historii o porwanych dzieciach. Zajrzyj do Internetu, a znajdziesz tam mapę swojego miasta wraz z listą miejsc, w których widziano ekshibicjonistów. Znajdziesz ją równie łatwo jak adresy sklepów z bielizną (niewykluczone, iż będą to te same miejsca). Wpisz w wyszukiwarkę coś równie absurdalnego jak „dziecko utopiło się w keczupie”, a zaraz wyskoczy Ci jakaś mrożąca krew w żyłach opowieść o takim właśnie zdarzeniu. (Zaczekaj – jednak nie. Właśnie spróbowałam. Ale wpisz „utonięcie” i „dziecko”, a nie będziesz mogła dziś zasnąć.) jeżeli w międzyczasie zbierzesz się na odwagę i pozwolisz swojemu dziecku samemu wsiąść do autobusu, posiedzieć na ławce lub wyjść na rower, inni rodzice zaraz podniosą raban: „dziecko pozostawione bez opieki to kuszenie losu, zaraz zdarzy się tragedia!”.
Ostrzeżenia są tak wybujałe, iż ulegliśmy praniu mózgu i propagandzie strachu.
Oto przykład typowej wypowiedzi na blogu Dzieci Wolnego Chowu: „Rozumiem, iż pewnie nie chce pani, aby jej dzieci wyrosły na wystraszonych i niepotrafiących samodzielnie o siebie zadbać dorosłych. Jednak odnoszę wrażenie, iż uczy je pani, iż nie ma się czego bać, a to już nie jest w porządku. Przetrwają ci, którzy najlepiej się dopasują, a jeżeli dzieci nie wiedzą, co lub kto stanowi zagrożenie, to jak mają tego zagrożenia unikać? Istnieje wiele, wiele niebezpiecznych sytuacji, przed którymi musimy je chronić, co jest ciężką pracą, ale na tym polega rodzicielstwo. Skoro chce pani, żeby pani dzieci biegały samopas i nie siedziały pani na głowie, to nie powinna ich pani mieć. Proszę pomyśleć o tych dziewczynkach z Oklahomy, które wędrowały zakurzoną drogą w małym miasteczku. Kilka minut po wyjściu z domu zostały brutalnie zamordowane, prawdopodobnie przez kogoś szukającego „mocnych wrażeń”. Wolny chów nie sprawdził się w tym przypadku, prawda?”.
Zapraszamy na staże, praktyki i wolontariat!
Dołącz do nas!Wiem, iż autorka tego listu chce być pomocna (a robi to w naprawdę nieuprzejmy, denerwujący sposób), ale ta kobieta uważa, iż rodzicielstwo polega na zaszczepianiu w dzieciach poczucia przerażenia. Dziewczynki z Oklahomy, o których wspomina, to jeden przypadek na półtora miliona. Dosłownie, takie są dane statystyczne: jedno na 1,5 miliona dzieci jest porywane lub zabijane przez obcą osobę. Musimy postrzegać takie zbrodnie we adekwatnym kontekście, inaczej wszyscy skończymy więżąc nasze dzieci jak Roszpunkę. (I zauważcie, na ile to się sprawdziło).
Jednak w jednej kwestii zgadzam się z autorką listu:
należy wyjaśniać dzieciom, co może stanowić dla nich zagrożenie i jak go unikać. Dokładnie tak, jak uczymy je, żeby się zatrzymały, położyły na ziemi i turlały, jeżeli kiedykolwiek dosięgnie je ogień pożaru.
A co potem? Potem musimy pozwolić im wychodzić z domu, ponieważ ta pani myli się co do jednej podstawowej sprawy: „Istnieje wiele, wiele niebezpiecznych sytuacji, przed którymi musimy je chronić”.
Nie! To nieprawda. Generalnie świat jest bezpiecznym miejscem. Generalnie ludzie są dobrzy. Skupianie się na czymś przeciwnym oznacza życie w konwencji brukowców, w świecie, w którym najbardziej dziwacznym, najgorszym i najmniej prawdopodobnym zdarzeniom poświęca się najwięcej uwagi. W świecie wypełnionym najgorszymi scenariuszami, a nie świecie, w którym naprawdę żyjemy, a który w rzeczywistości, statystycznie i na nasze szczęście, jest jednym z najbezpieczniejszych dla dzieci okresów w historii ludzkości.
Działaj!
No dobrze. Co zatem, jeżeli jesteś takim rodzicem jak ja, który wierzy, iż musi być jakiś inny sposób, ale nie ma ochoty przeprowadzić się do Mongolii (gdzie przynajmniej nie będziesz wpadać w panikę za sprawą wieczornych wiadomości, ponieważ nie zrozumiesz z nich ani słowa, choćby stwierdzenia „Już za chwilę: kiedy zaatakują jaki”)?
O tym właśnie jest ta książka. O jakach. Nie, żartowałam. Tak naprawdę ma ona pomóc odróżnić realne zagrożenia od przerysowanych. Pokazać Ci (i mnie również), przed którymi sytuacjami warto chronić nasze dzieci, a które obawy rodziców bazują jedynie na sprzedawaniu ludziom strachu, dezinformacji i współczesnych mitach. Książka ma też na celu odkryć, jak w ogóle do tego doszło, iż jesteśmy tak wystraszeni.
Znajdziesz w niej sceptyczne spojrzenie na troskliwe rady, jakie zewsząd otrzymujemy, równie sceptyczne spojrzenie na wszystkie urządzenia, które mają ułatwić nam tę troskliwość, a także wsparcie, odniesienia do faktów i (miejmy nadzieję) szaloną euforia zawartą w dziesięciu przykazaniach wolnego chowu.
Cóż, taki w każdym razie był zamysł. Ale potem okazało się, iż pozostało mnóstwo innych kwestii, do których chciałabym się odnieść, poczynając od tego, jak ignorować medialną histerię, poprzez to, w jaki sposób przestać się zamartwiać o każdą rodzicielską decyzję, jaką musimy podjąć, aż po to, jak sprawić, by nasze dzieci odeszły wreszcie od konsoli i wyszły pobawić się na dworze (o ile to w ogóle jest możliwe). niedługo zrobiło się z tego 14 przykazań. Więc pomyśl o tym jako o dziesięciu przykazaniach… i czterech w promocji, za darmo.
Następna część to wygodny w użyciu alfabetyczny spis spraw, o które nie musisz się martwić, począwszy od BPA w butelkach dla niemowląt, a skończywszy na surowych jajkach w cieście. Plus cały rozdział poświęcony prawdzie o porwaniach, który powinien pomóc Ci zmniejszyć swój lęk o kilka punktów na skali strachu. W całej książce znajdziesz też historie rodziców, którzy zaczynają wrzucać na luz. Oto jedna z nich: córka moich znajomych, Carrie, jest dziewczynką o specjalnych potrzebach. Chodzi do szkoły specjalnej, jeździ na specjalne obozy, odwiedza specjalnego terapeutę. Ale ostatnio zapytała swoją mamę – ni z tego, ni z owego – czy może pójść sama na pizzę, tutaj, na Manhattanie.
Jej zszokowana mama odpowiedziała: „Och, dobrze…, ale dlaczego nie kupić pizzy i nie zjeść jej w domu?”. „Nie!” – odparła Carrie, która ma 16 lat. – „Inni ludzie jadają w pizzerii i ja też tak chcę!”.
Moja znajoma, chwała jej za to, zgodziła się i Carrie poszła sama do oddalonej o kilka bloków pizzerii. Kiedy Carrie wróciła, jej matka czekała na nią przed domem, ale nie była w stanie jej dojrzeć. Była tak zdenerwowana, iż wybiegła bez okularów. Kiedy Carrie pojawiła się w zasięgu jej wzroku, rozpromieniona, uśmiechnięta od ucha do ucha, uściskała swoją mamę.
„Dlaczego chciałaś to zrobić?” – spytała jej mama.
Carrie widziała w telewizji Izzy’ego opowiadającego o swojej wyprawie metrem. „Pomyślałam, iż skoro on mógł to zrobić, to ja też dam radę”.
Dobrze gada! I o tym właśnie mówimy. Carrie wróciła do domu uradowana. Świat stał się mniej przerażającym miejscem, a w międzyczasie dziewczynka dobrze się bawiła. Wszystkie dzieci zasługują na możliwość włóczenia się, upadania, ponoszenia porażek, a w końcu rozłożenia skrzydeł.
Nie musisz być bardzo dzielny, żeby zacząć myśleć w ten sposób. Nie musisz też wysyłać gdzieś dziecka metrem już jutro. Lub kiedykolwiek (Ann Curry tego nie robi). Wystarczą małe kroczki lub samo ich rozważanie. Nie wszystkie dzieci są gotowe na wolny chów w tym samym wieku. Sam najlepiej znasz niepowtarzalne możliwości (i dziwactwa) swojego dziecka, sam też najlepiej wiesz, co Ty dasz radę wytrzymać. o ile jednak boisz się i wahasz, pamiętaj historię Carrie! Jej mama nie była jeszcze gotowa na takie doświadczenie, ale Carrie tak. A jej mama okazała się na tyle mądra – i odważna – by wysłuchać córki.
Dopiero gdy zaczęłam pisać na blogu o odważnym tym i odważnym owym, zrozumiałam, iż w końcu muszę stawić czoła mojemu własnemu największemu lękowi – Wstrząsowi Mózgu na Kółkach. Albo, jak nazywają to dzieci, deskorolce. Moi synowie błagali mnie o deskorolkę od pięciu lat, ale dopiero niedawno uległam ich błaganiom, ponieważ kiedy już nagadałam o tym na blogu, miałam do wyboru albo kupić deskorolkę, albo całkowicie stracić wiarygodność.
By skrócić tę długą opowieść: pojeździli na niej kilka razy i się znudzili (hurra!).
Żadna z tych drobnych przygód, które zaczęliśmy wprowadzać – deskorolka, jazda metrem, wynoszenie śmieci – nie zmieniły naszych chłopców, Izzy’ego (dziesięciolatka) i Moorty’ego (dwunastolatka), w zauważalny sposób. Jeszcze. Ale cały nowy sposób myślenia o szczęściu (i dojrzałości) sprowadza się do uznania, iż osiąga się je dzięki robieniu różnych rzeczy. Tworzeniu. Badaniu. Niezależności. Kluczowym pojęciem jest tu samodoskonalenie, a zauważ, iż ten zwrot, podobnie jak pewność siebie i samoocena, zawierają w sobie pojęcia samo- i siebie-, nie zaś z pomocą rodziców. Dlatego teraz moim (a być może i Twoim) celem jest nauczyć dzieci, jak robić różne rzeczy i przestać tak bardzo im pomagać. W końcu nie możemy do końca świata wszystko za nie robić. Celem rodziców jest wychowanie szczęśliwych, odpowiedzialnych i niezależnych ludzi.
Spróbuj wolnego chowu, a nie mogę obiecać natychmiastowych efektów w postaci szczęścia, odpowiedzialności i niezależności. Ale mogę zapewnić, iż lęki tak szerzące się w naszym społeczeństwie nie mają już pokrycia w rzeczywistości i od pewnego czasu coraz więcej z nas zaczyna zdawać sobie z tego sprawę.
Nadszedł czas, by zacząć dawać naszym dzieciom inne dzieciństwo.
Mówi się, iż pierwszym krokiem prowadzącym do zmiany jest zdanie sobie sprawy z tego, iż chcemy się zmienić, chociaż trochę. Dlatego czapki z głów za to, iż sięgnęliście po tę książkę. A jeszcze bardziej za to, iż ją czytacie. Dołączcie do Ruchu Wolnego Chowu, a nie będziecie tego żałować.
Jak tylko uporacie się z tą klapą od toalety.











