Późne przebudzenie Europy?

nowyobywatel.pl 1 tydzień temu

W kontekście odbudowy potencjału zbrojeniowego kraje unijno-NATOwskiej Europy nie mogły narzekać na niedostatek coraz donośniejszych dzwonów alarmowych. Zlekceważono jednak co do zasady tak wojnę rosyjsko-gruzińską, jak i pierwszą wojnę rosyjsko-ukraińską. choćby rok 2022 przyniósł kilka poza zastanawianiem się. Wystarczająco wyrazistym mementem stały się dopiero rozwianie się nadziei na „wywrotkę” putinizmu na krachu pierwotnych zamierzeń krótkiej i łatwej operacji specjalnej, przestawienie gospodarki Rosji na tory wojenne umożliwiające upartą kontynuację prymitywnej i tępej wojny oraz wyraźne tężenie aliansu Pekin-Moskwa. Europie grozi kolejna wojna z Rosją, a jedynym sposobem uniknięcia jej jest szybka odbudowa potencjału militarnego, która odstraszy agresora. A o ile choćby nie, da możliwość wystarczająco wczesnego powalenia go.

Do decyzji podjętych – z zastrzeżeniem pozostawania ich wciąż na etapie deklaratywnym – w roku 2025 przyczyniła się także prezydentura Donalda Trumpa. Z jednej strony nieprzewidywalna, unilateralna, sprawiająca co najmniej wrażenie gotowości do czynienia strategicznych dealów z Rosją. Z drugiej strony domagająca się od Europejczyków końca jazdy na gapę pociągiem „Pax Americana” ciągniętym przez zaoceaniczną lokomotywę.

Wnioski wyciągnięte z II wojny światowej i Zimna Wojna spowodowały zasadnicze przeobrażenie krajobrazu militarnego Europy. choćby kraje dysponujące przed 1939 mocno symbolicznymi potencjałami wojskowymi, takie jak Dania, Holandia, Belgia i Norwegia, w ramach NATO rozwinęły armie liczące po kilka setek czołgów i samolotów bojowych. Gwarantem całego systemu bezpieczeństwa była oczywiście amerykańska potęga z nuklearnym ostatecznym argumentem królów. Jednak europejscy sojusznicy nie zasypiali gruszek w popiele, początkowo korzystając z obfitej amerykańskiej pomocy wojskowej, rzeczowej i finansowej, później już na własny rachunek. W roku 1985, w szczytowym punkcie wyścigu zbrojeń podczas Zimnej Wojny, europejscy członkowie NATO wydawali na zbrojenia średnio około 3,8% PKB (wartość ważona, liczona według metodologii Paktu).

Jednak wygrana w tej konfrontacji spowodowała daleko idącą demobilizację. Wydatki spadały – dwie dekady później wynosiły już tylko średnio 1,9% PKB, aby w roku 2014 osiągnąć dno na poziomie około 1,3%. Skutki tego stanu rzeczy były bardzo proste. Redukowano zakupy. Realizacja programów takich jak europejski wielozadaniowy samolot bojowy Eurofighter Typhoon przeciągała się, a koszty jednostkowe w sytuacji stałych nakładów wymaganych na opracowanie rosły zatrważająco. Liczące tysiące czołgów armie lądowe schodziły do rzędu setek, a w niektórych krajach, takich jak Belgia i Holandia, ciężkie komponenty pancerne w ogóle zlikwidowano, uznając je za przeżytek i przyjmując, iż w peryferyjnych wojnach z terroryzmem nie będą potrzebne – a wojna pełnoskalowa z potężnym przeciwnikiem stała się niepodobieństwem.

Tego przekonania nie zmieniła choćby pierwsza inwazja Rosji na Ukrainę. Zresztą uległa ona dość szybkiej „normalizacji” i w Europie przyjęto powszechnie, iż skończy się na zamrożonym marginalnym froncie, obchodzącym tylko Ukraińców. Mimo wszystko sytuacja zatrzymała dalsze redukcje wydatków zbrojeniowych, a nawet, w szczególności w państwach frontowych Paktu, spowodowała ich powolny wzrost. Aczkolwiek do zadeklarowanego na szczycie NATO w Newport w roku 2014 jako cel w perspektywie dekady poziomu wydatków zbrojeniowych wynoszącego 2% dochodzono powszechnie z założenia jak najwolniej.

Ostateczne otrzeźwienie przyszło dopiero w roku 2021, kiedy wojna stała się już nieuchronna. Chociaż na przykład Niemcy trzeba było wyciągać z błogostanu za uszy. Jednym z efektów ponad trzech dekad zaniedbań stały się ograniczone możliwości wsparcia Ukrainy.

Sama pełnoskalowa agresja Rosji na Ukrainę nie spowodowała jeszcze radykalnej zmiany kursu zachodniej części Europy w dziedzinie zbrojeń. Obawy o rychłą klęskę Ukraińców nie spełniły się, a do połowy 2023 wydawało się wręcz, iż mogą oni odbić przynajmniej część terenów zajętych w 2014 i 2015. Ponadto Stany Zjednoczone rządzone przez Joego Bidena zapewniały limitowane względami politycznymi, ale bardzo znaczące i stabilne wsparcie Ukrainy, demonstrując jednocześnie pełne oddanie więziom transatlantyckim. Mimo pożaru na wschodniej flance sytuacja Europejczyków była zatem całkiem komfortowa. Wydatki zbrojeniowe wzrastały w stosunkowo niewielkim stopniu. Na przykład Niemcy zwiększyły je między 2023 a 2022 symbolicznie, z 1,51% do 1,64%. Jednak tężenie rosyjskiego naporu, umożliwione przez militaryzację gospodarki, rozwiało nadzieje na względnie szybkie, łatwe i niedrogie zażegnanie zagrożenia. Kropkę nad „i” postawiła jednak dopiero wygrana w amerykańskich wyborach nie Kamali Harris, popieranej przez elity polityczne całej UE, ale trickstera Donalda Trumpa.

Nowy-stary prezydent jął siać panikę proklamowanymi, odwoływanymi i wznawianymi wojnami handlowymi, polityką gestów wobec Rosji, czasowym wstrzymywaniem wsparcia dla Ukrainy, kwestionowaniem roli NATO. A wreszcie – obiektywnie zupełnie słusznymi postulatami wzięcia przez Europejczyków znacznie większej niż dotychczas odpowiedzialności za własne bezpieczeństwo.

Odpowiedzią na te wyzwania stało się ogłoszenie w marcu bieżącego przez Unię Europejska planu „ReArm Europe”, nazwę którego zmieniono później na „Readiness 2030”. Plan ten ma wskazanym tą datą horyzoncie czasowym zmobilizować 800 miliardów euro na ogólnie pojęte cele obronne. Jego manifestacją na niwie finansowania stał się wprowadzony w życie pod koniec maja program Security Action for Europe (SAFE), będący obejmującym 150 miliardów euro funduszem pożyczek na preferencyjnych warunkach na cele obronne. Równolegle na forum Rady Północnoatlantyckiej ujawniono przyjęty w lutym przez NATO „Plan działań na rzecz produkcji obronnej”, które mają dotyczyć agregowania zamówień, produkcji i bazy przemysłowej, interoperacyjności i standaryzacji oraz szybkiego wdrażania innowacyjnych technologii.

Dotychczasowe podsumowanie w aspekcie planistycznym stanowi szczyt NATO w Hadze, który odbył się w dniach 24–25 czerwca. Zadeklarowano (przy votum separatum Hiszpanii) na nim zwiększenie przez sojuszników do roku 2035 nakładów na cele obronne do 5% PKB. 3,5% będą stanowiły nakłady zbrojeniowe sensu stricto, natomiast na pozostałe 1,5% będą mogły składać się inwestycje w infrastrukturę podwójnego zastosowania, istotne dla potrzeb wojskowych, ochrona infrastruktury krytycznej, cyberbezpieczeństwo, rozbudowa przemysłu zbrojeniowego oraz obrona cywilną i odporność państwa.

Zadeklarować można dokładnie cokolwiek, papier wszak zniesie wszystko. Wiarygodność zmiany polityki potwierdzą dopiero czyny. Oczywiście zbrojenia nie są supermarketem, w którym kilkaset miliardów euro można wydać w ciągu kilku miesięcy. Póki co do programu SAFE ustawiła się kolejka chętnych, na czele z Polską zgłaszającą zapotrzebowanie na 45 miliardów euro, Francją (15–20 miliardów), Włochami (15 miliardów), Rumunią (10 miliardów), Belgią (7–11 miliardów) i Litwą (5,0–8,76 miliarda). Niemcy co prawda nie planują zaciągania pożyczek z SAFE, ale media donoszą o bardzo poważnych planach tamtejszego resortu obrony, które można by określić jako „Make Bundeswehra Great Again”.

Niemieckie siły zbrojne miałyby zostać zwiększone z obecnych 182 000 żołnierzy do 250–260 000. Temu rozwinięciu, przekładającemu się zgodnie z planami na utworzenie siedmiu nowych brygad pancernych i zmechanizowanych, miałby towarzyszyć zakup za kwotę 25 miliardów euro choćby 1000 nowych czołgów (Leopard 2A8 lub 2AX) oraz 2500 bojowych wozów piechoty/transporterów opancerzonych Puma Boxer. Dla porównania, w tej chwili niemieckie siły zbrojne dysponują około 300 Leopardami 2, 400 Pumami w linii i w dostawach oraz nieco ponad 400 Boxerami.

„Twardą” decyzję o zakupie 44 Leopardów 2A8 ogłosiły ostatnio Czechy, dołączając do kupujących takie same liczby Szwecji i Litwy (do zakupu tych czołgów przymierza się także Hiszpania). Dania podjęła przekładającą się na faktyczne działania decyzję o odbudowie trójwarstwowej naziemnej obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej, zamawiając systemy Mistral 3, VL MICA, IRIS-T oraz NASAMS dla warstw niższych, natomiast decyzja o tym, czy wyższą będą stanowiły europejskie SAMP/T, czy Patrioty, ma zostać podjęta jesienią. Umowy na zakup systemów SAMP/T NG w ramach programu modernizacji obrony przeciwlotniczej zawarły ostatnio Włochy, poszukujące też nowych czołgów, których dostawcami będą według wszelkiego prawdopodobieństwa firmy niemieckie.

To oczywiście tylko przegląd najnowszych planów i umów, które uzupełnią programy zbrojeniowe realizowane od lat. o ile jednak Europa ma być gotowa na danie odporu Rosji, będą musiały dojść do nich kolejne, i to niedługo. Można oczekiwać, iż z uwagi na potencjał niemieckiego przemysłu obronnego, europejskie zbrojenia prawdopodobnie staną się nowym motorem gospodarki tego kraju. W szczególności te lądowe. Dominacja wśród europejskich Leopardów 2 i być może KF-51 Rheinmetalla wydaje się niezagrożona, a tamtejsze koncerny wytwarzające sprzęt pancerny wyrażają zainteresowanie przejmowaniem obiektów produkcyjnych od borykających się ze strukturalnymi problemami branży motoryzacyjnej.

Warto byłoby, aby Polska też uszczknęła coś z tego tortu. Spore zainteresowanie budzą systemy obrony przeciwlotniczej Piorun, które zdobyły klientów z „prawdziwego Zachodu” – Norwegów i Belgów. A krajowy przemysł będzie wszak koproducentem rodziny systemów przeciwlotniczych CAMM. Dysponuje też bojowym wozem piechoty Borsuk. Być może europejskie zakupy staną się dla Polski okazją do efektywnego wejścia do wspólnych programów (np. środków rażenia dalekiego zasięgu), wypierając lub przynajmniej ograniczając „znane i lubiane” zakupy z półki, w których przemysł dość rozpaczliwie stara się uzyskać jakikolwiek udział.

Tu jednak potrzebne jest myślenie w kategoriach interesu państwa, a nie tylko obozu politycznego i decyzyjność – a z tym, jak wiadomo, jest u nas kiepsko.

dr Jan Przybylski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Marek Studzinski from Pixabay

Idź do oryginalnego materiału